-
Skomentujesz? [0]
Kłócimy się. Wrzeszczymy na siebie nie przejmując się współlokatorami i sąsiadami. Przeklinamy, bo brakuje nam słów. A potem jest normalnie. Jemy obiady późnym wieczorem, po jego powrocie z pracy. Oglądamy jakiś serial. A potem śpimy we wspólnym łóżku. Wspólnie tylko przez kilka godzin. Już nie budzę go rano kawą. Wolę zjeść sama w ciszy i wyjść do pracy zanim wstanie. Wychodzi, kiedy wracam. Mam wtedy kilka godzin dla siebie, wypełnionych pracą, książkami, przerywanych herbatą albo papierosem na balkonie. A potem znowu się kłócimy.
Do niedawna najgorsze były weekendy. Ale odkąd zachciało mi się zostać nauczycielem akademickim, jakoś udaje nam się mijać. Powoli kończę też swoje studia. Dobrze, że potem święta. Pojadę do rodziców i może w końcu powiem im, gdzie teraz mieszkam. A on zostanie w domu, naszym wspólnym, już od kilku miesięcy. Ciekawe, jak długo jeszcze... Na razie mam swoją pracę, wciąż uczę w liceum, zostałam wychowawczynią. I jakoś leci. I tylko czasem mam taki nastrój jak dzisiaj. Tylko czasem.
Przez większość czasu wszystko wygląda dobrze. Doszłam do wprawy w udawaniu, że nie boli mnie brak czułości i złośliwe żarty na temat mojej babskiej wrażliwości i inteligencji. Muszę tylko przestać rzucać nienawistne spojrzenia na kota, który bezczelnie wpycha mu się na kolana, a potem daje się głaskać i przytulać. Zazdrość o głupie zwierzę bawi go chyba najbardziej.
Nie jestem w stanie wyobrazić sobie takiej sytuacji, że pakuję wszystkie swoje rzeczy i wyprowadzam się. Mój mózg wyłącza się, serce wariuje, a żołądek podchodzi do gardła. Więc nie wyobrażam sobie tego, nie przyjmuję do wiadomości takiego rozwiązania. Nie stać mnie teraz na takie ataki paniki. Codziennie zbieram w sobie siły na jakąś oczyszczającą rozmowę i codziennie urywam starannie ułożoną przemowę w połowie pierwszego zdania. Nie potrafię mówić do ściany.
Kocham go i wiem, że on też mnie kocha, chociaż nigdy mi tego nie powiedział. Wytrzymuje ze mną, chociaż twierdzi, że czasem mnie nienawidzi. Mówi, że mi nie ufa i podejrzewa, że go okłamuję, chociaż mijam się z prawdą wyłącznie wtedy, gdy chodzi o liczbę wypalonych papierosów. Mnie również nie jest łatwo z nim wytrzymać, ale zdaje się tego nie zauważać. Uważa, że ciągle mam o coś do niego pretensje i próbuję go przerobić na jednego z bohaterów tych cholernych romansideł, których naczytałam się w dzieciństwie. I nie próbuje przyjąć do wiadomości, że nie zamieniłabym go na nikogo innego.
Znajomi, którzy widzą nasze życie z boku, mówią, że mi się "układa". I rzeczywiście tak jest, przynajmniej ja tak to widzę. Martwi mnie tylko, że nie jestem do końca pewna jego uczuć. Ale jak można być pewnym uczuć człowieka, który na te uczucia zwyczajnie sobie nie pozwala? W tej sytuacji zaczynam się cieszyć z tych napadów złości. Może za jakiś czas doczekam się czegoś krańcowo różnego.
Smutno mi dzisiaj. Ale wciąż wierzę, że za chwilę wróci z pracy i będzie "tak jak kiedyś".
Skomentujesz? [0]
-
Renesans. 4 marca 2011, 22:51
Skomentujesz? [1]
Czasem jest tak, że w autobusie gapią się na mnie obcy ludzie, bo śmieję się do siebie na myśl o tym, jak jest fajnie. A czasem, jak to ładnie określa T, dostaję wścieklizny macicy i wyłazi ze mnie wredna zołza. Ostatnio jakoś mniej wyłazi. Niemniej jednak jest to męczące i czasem chciałabym, żeby było bardziej normalnie. A potem robi się tak, jak na początku naszego związku i nie chcę już niczego więcej. To jest właśnie ten moment. Tylko chciałabym się wyspać. Kiedy się żyje w trybie dwanaście dni orki - jeden (za) krótki weekend, to czasem trzeba się wyspać. Chociaż raz na trzy dni. Dziś po powrocie z pracy padłam i zasnęłam w dziesięć sekund. I teraz czuję się, jak po przejechaniu walcem. To jedyny właściwie minus renesansu związku.
Salon Edukacyjny, PKiN. Teoretycznie trzy godziny nudy i pilnowania "dzieciaków". W praktyce całkiem niezła zabawa. Są takie dni, kiedy czuję, że to jest to - że mnie akceptują, lubią, doceniają wysiłek. Podobno jestem dobra w tym, co robię. Co więcej lubię to, co robię. I fajne jest to moje Liceum. Czasem, gdy mówię, że idę do pracy, to chce mi się śmiać. To tak poważnie brzmi, a ja wciąż jeszcze nie przyzwyczaiłam się do samodzielności i życia na własny rachunek. No cóż, w końcu to tylko półtora roku - jeszcze zdążę. I tylko mam nadzieję, że nie zgubię gdzieś po drodze poczucia tego, że jest dobrze.
Skomentujesz? [1]
-
Różnica. 29 stycznia 2011, 13:51
Skomentujesz? [0]
Przez pięć lat w Krakowie nie nauczyłam się prawie wcale poruszać po tym mieście. Zawsze zwisałam na jakimś facecie, który prowadził mnie wszędzie, gdzie tylko chciałam. Samodzielnie poruszałam się jedynie na trasie mieszkanie-uczelnia, wciąż tym samym autobusem, bez przesiadek. Gorzej było, gdy musiałam koniecznie pojechać gdzieś sama. Każdą wyprawę poprzedzało nerwowe przyglądanie się mapie, szukanie odpowiednich połączeń i uczenie się trasy na pamięć. A potem wsiadałam w tramwaj albo autobus i z nosem przyklejonym do szyby czytałam nazwy ulic i przystanków, porównując je z tymi nie do końca zapamiętanymi z mapy. A przy tym panicznie bałam się zaczepić kogoś na ulicy i zapytać o drogę. Mój poprzedni facet wkurzał się na mnie, gdy dzwoniłam z jakiegoś miejsca, by pięć razy potwierdzić, że na pewno dobrze jadę. I chyba jeszcze bardziej denerwowało go, gdy przed wyjściem do knajpy spotykaliśmy się u mnie, bo nie byłam w stanie nie zabłądzić na Kazimierzu. Twierdził, że traci ze mną czas.
Dziś rano pobudka o 8.15. Szybkie śniadanie i idziemy na przystanek. Ja jadę do pracy, on wraca do domu. Zaraz wysiądzie, więc pytam, czy pojedzie ze mną do antykwariatu na Chomiczówkę. Zimno jest, nie chce mu się. Jakieś dwie godziny później kończę zajęcia i wsiadam do metra. Znajduję miejsce siedzące i wyciągam książkę. W końcu męski głos płynący z głośnika przypomina: "Następna stacja: Marymont". To tutaj. Wychodzę na powierzchnię i trafiam na odpowiedni przystanek za drugim razem. Tam oddaję obcym ludziom mapkę ZTM-u z trasami komunikacji miejskiej. Oni też są tu pierwszy raz w życiu, ale ja w przeciwieństwie do nich wiem, w którą stronę mniej więcej jechać dalej. Wsiadam w autobus z napisem Chomiczówka i decyduję się wysiąść na drugim przystanku na ulicy Conrada. Intuicja mnie nie zawodzi - z pierwszego miałabym zdecydowanie dalej. Zaczepiona na ulicy kobieta nie bardzo wie jak mi pomóc, ale jakiś facet macha ręką we właściwym kierunku. Odbieram książkę, wychodzę i skręcam w ulicę, przy której, jak mi się wydaje, powinna być pętla. Jest, rzeczywiście, wskakuję w autobus i wracam do domu. Wpadam na chwilę do T, który wcale się nie dziwi, że nie zgubiłam się po drodze. W końcu nie ma w tym nic dziwnego i teraz ja też to wiem. Od jakiegoś czasu jestem na dobrej drodze, żeby wyleczyć się z różnych moich fobii.
Skomentujesz? [0]